Nawet nie wiem nawet, od czego zacząć.... Więc może zaczniemy od dwóch słów pojawiających się w tytule. Words, tak jak work, world, worse to słowa z długim "e", a nie "o". Niestety, rodacy wymawiają jak widzą i powiem szczerze, dla mnie jest to chyba number 1 top mistake, bo tego po prostu nie sposób zmienić.
Drugie słowo to mispronounced. Chodzi nie o całe słowo, ale o końcówkę -ed. Polacy nagminnie wymawiają ją jako całą sylabę. Tymczasem jest to tylko spółgłoska "t" albo "d" (w zależności od dźwięczności końcówki). Tylko przypadku czasowników kończących się na "t" lub "d" brzmi to jak sylaba (bo inaczej się nie da). Liked więc to nie "lajket" tylko "lajkt", cleaned to nie "kli:ned" tylko "klind". To "ed" jest bardzo mylące dla waszego słuchacza, bo brzmi jak inne słowo.
Wyjaśnianie błędów w wymowie na piśmie, przy użyciu zapisu fonetycznego "ze słuchu" (bo ślimaczki fonetyczne są obce większości uczących się), to trochę mija się z celem, dlatego zapraszam do obejrzenia filmików poniżej, gdzie nauczyciele wyjaśnią, jak nie należy i należy wymawiać dane słowo.
Osobom nieco bardziej zaawansowanym szczególnie polecam ostatni filmik z dużym wyborem słów, które są podawane powoli i wyraźnie, z czasem przeznaczonym na ich powtarzanie. Naprawdę warto poćwiczyć. Nie tylko ćwiczycie wymowę poszczególnych słów, ale także poprawną realizację poszczególnych głosek.
No dobra, wracamy do angielskiego. Dzisiaj filmik The most common mistakes in English, błędy różnego typu. To są naprawdę najpopularniejsze błędy, jakie słyszę i trochę mnie dziwi, że najwyraźniej nagminnie popełniają je także cudzoziemcy. Może chodzi o to, że Dave uczy angielskiego od kilku lat w Rosji, więc ma do czynienia z użytkownikami języka słowiańskiego. Dlatego dla nas jest bardzo przydatny.
Problem z say i tell. Say to to you ale tell you; niestety do tego dochodzią dziesiątki kolokacji. Say hallo, ale tell a lie albo tell the time.
Nieobecny Present Perfect w zdaniach typu: I have this car for 5 years. Poprawnie: I have had this car. Wydawało się że takie proste; for albo since to musi być Present Perfect. Ale my go po prostu nie uznajemy, bo co to za dziwny czas.
Inna polska specjalność: natrętne "się", którego po prostu nie ma w angielskim: I wash myself, I dress myself. Poprawnie: I get dressed/washed albo po prostu I feel nie: I feel myself.
Mylące się so i such. It is so nice. It is such a nice day.
Problem z do i make. I made a mistake, nie: I did a mistake.
Ale oddajmy głos Dave'owi. Naprawdę warto. Filmik wizualnie mało atrakcyjny, ale facet jest świetnym nauczycielem, wyjaśnia spokojnie i przejrzyście, do tego ma bardzo fajny akcent. Warto poszukać innych jego lekcji. I cenić sobie fakt, że udostępnia je na Youtube. Na jego stronie godzina prywatnej lekcji przez Skype'a to koszt 40 funtów.
Zaraz po odejściu Pusiastej we wrześniu odrzucałam myśl o adopcji, chociaż poczucie straty i pustki było straszne. Chodziło o dobro Prosiaczka, który był wciąż jeszcze bardzo słaby po operacji. Powiem szczerze, że miałam wrażenie, że jej dni są policzone. Tymczasem w ciągu tych pięciu miesięcy Prosiaczek odzyskał siły i animusz. Niesłyszący Prosiak potrzebuje towarzystwa i pary uszu, bo nie wie nawet, że wróciłam do domu. Wierzę w to, że skorzystałaby z obecności drugiego kota.
Nie sadzilam jednak, że szukanie kota do adopcji okaże się taką traumą. Póki co podarło mnie na kawałki. Rynek adopcyjny to absurd. Kotów potrzebujących domu są setki. Ich historię rozdzierają serce. Fundacje i schroniska zamieszczają dramatyczne apele: pomocy, mamy 90 kotów do adopcji … a pod spodem zdjęcia dwóch kotów. Wchodzę na stronę „zakoconego” ponoć towarzystwa, a tam ogłoszenia może 10 kotów z minimalną informacją albo zupełnie nieaktualnym tekstem.
Schronisko na Rybiej ma stronę starszą niż moje koty, chyba jeszcze z lat 90tych, ze zdjęciami wielkości znaczków pocztowych. Czy naprawdę w ciągu 20 lat w Krakowie nie znalazł się informatyk, wielbiciel kotów, który by zrobił lepszą stronę za darmo. Nie wierzę.
Jest Facebook, Olx, jeśli ktoś chce, może naprawdę wypromować adopcję. Są tam świetne ogłoszenia z serią zdjęć i zabawnym tekstem. Takie koty idą bardzo szybko. Ale też mnóstwo ogłoszeń, i to właśnie od schronisk i fundacji, ma jedno średnio wyraźne zdjęcie, na którym widać kawałek ogon i dwa inne koty, albo kot patrzy wzrokiem zabójcy. Czy to problem zrobić kilka dobrych (i świeżych) fotek? Treść: więcej pod telefonem, nie odpowiadamy na maile i sms. Nic tylko dzwonić.
Ja nie tylko muszę się zakochać (bo mówimy przecież o miłości na wiele lat), muszę podjąć bardzo poważną decyzję mając w domu 16-letniego kota na trzech nogach z cukrzycą. Nie mogę w żaden sposób wystawić jej na niebezpieczeństwo. Potrzebuję informacji o historii, stanie zdrowia i charakterze potencjalnego jej towarzysza. Nie mogę wziąć kota półdzikiego, odłowionego ze złych warunków, ani po kocim katarze czy innym wirusowym paskudztwie. Pojadę do schroniska i zgłupieję, bo kot śliczny i słodki, a ja muszę podjąć racjonalną, przemyślaną decyzję.
Mam, co więcej, wrażenie że fundacjom, tak jak i domom tymczasowym, nie bardzo w ogóle zależy na adopcjach, celują głównie w listach warunków. Zabiezpieczyć balkon i okna, jasne. Ale: oddamy kota tylko do bloku, bez dzieci i koniecznie albo dwa razem albo na dokocenie. No, u mnie jak znalazł, ale na zakładanie siatki w oknach też jakoś się nie piszę, mieszkam na 1 piętrze, otwieram okna na loggię.
Gorzej, ogłoszenia właśnie dodane okazuję się nieaktualne, bo kot dawno poszedł do adopcji, na inne nikt nie odpowiada, telefony milczą. Ogłoszenia od indywidualnych ludzi: słodki miziak, nie schodzi z kolan, a w czasie rozmowy okazuje się, że pół dziki i ledwo kuwetkuje. Na zdjęciu kocię, w rzeczywistości kot już roczny (z uwagi na Prosiaka byłoby lepiej gdyby kot był raczej mały).
Najgorzej, jak widzę kota podobnego do mojej trikolorowej Pusiastej, mogłabym pojechać po nią nawet do Warszawy. Szczególnie pozdrawiam w związku z tym pewną fundację ze stolicy, do której napisałam dość osobisty list o Pusiastej, którą straciłam, o Prosiaku, o którego walczyłam, że mam ogromną wiedzę i doświadczenie, jestem 24h godziny w domu itd. Co mam wam mówić, ci, którzy mnie znają, wiedzą jak dobry dom mogłabym zaoferować kotu. Odpowiedź: nie, dziękujemy, bo nie damy kota do Krakowa. Za daleko. Na co? Na wizytę przedadopcyjną! Bez tego ani rusz. Jakbyśmy nie żyli w świecie, w którym informacje są dostępne wszędzie a sprawy załatwia się zdalnie. Na Facebooku można przeczytać historię mojej rocznej walki o życie Prosiaka, służę kontaktem do kliniki, gdzie znajduje się medyczna historia moich kotek z 16 lat, plus mogę pokazać przez kamerę na Skypie zabezpieczony balkon, mieszkanie, drapaki, tunele itd. Naprawdę odległość to jest przeszkoda? To, że jestem gotowa na wyprawę 300 km do Warszawy chyba też przemawia na moją korzyść. Naprawdę, moje gratulacje.
Mam dość. Naprawdę. Pozostaje mi liczyć na was. Idzie wiosna. Koty będą się rodzić. Dawajcie znać. Najważniejsze, żeby kot był zsocjalizowany i z w miarę czystych warunków. Nie o mnie chodzi. Wiecie, z jakim poświęceniem leczyłam Prosiaczka. Chodzi o nią i jej dobro. Wierzę, że młody kot wniósłby w nasze życie radość.
Czemu never ending story? Bo uczenie rodaków angielskich przedimków to jak talking to a brick wall. My, Polacy, po prostu nie uznajemy ich istnienia. No dobra, wiemy, że są tam te małe słówka: a, an, the, z tym, żezupełnie nie wiadomo po co. Więc jak sobie przypomnę, to gdzieś tam wstawię któreś, ale tak naprawdę to przecież bez znaczenia, bo i tak wiadomo, o co chodzi, no nie? Rodacy dużo bardziej obcinają się z powodu brakującego "s" w trzeciej osobie, albo will po if. Może dlatego, że te reguły są jasne i "nie wolno", co niejeden "ticzer" wbił do głowy. Ale "artikle" raz wolno, a nawet trzeba, a innym razem nie trzeba, a jeszcze innym zależy od kontekstu. Sprawa wydaje się więc niejasna, niekonkretna i trochę podejrzana. Ludzie sądzą więc, że "artikle" są trochę takie uznaniowe, na intuicję, i jak mi się podoba. A może to w ogóle jakaś edukacyjna konspiracja, żeby ludziom utrudnić życie, albo niczego nie nauczyć w szkołach, gdzie nieżyciowy belfrzy uczą nieistniejących albo nieprzydatnych rzeczy.
Przepraszam za ton, ale przemawia przeze mnie wieloletnia frustracja w tym względzie. Bo tłumaczę, wyjaśniam, podaję praktyczne przykłady, poprawiam... i niewiele z tego wynika, bo ludzie i tak odnoszą się lekceważąco do samego istnienia przedimków. W polskim ich przecież nie mamy, a jakoś się dogadujemy i wiadomo, o co chodzi. Proszę mi wierzyć, wśród najdziwniejszych mądrości, jakie ludzie przynoszą na lekcje, typu: "oni podobno i tak używają w sumie tylko trzech czasów, prawda?", jest również i taka: "ale oni chyba w sumie nie używają tak znowu tych przedimków". "Byłem w Anglii i przedimków prawie nie słyszałem". Albo: "Amerykanie nie używają zupełnie przedimków". Nie zmyślam. Plus, coś z czym już trudno dyskutować: "u mnie w firmie to i tak wszyscy mówią bez przedimków". W to akurat wierzę. Nie używają ich nie tylko Polacy, ale Słowianie w ogóle, ponoć także Hindusi, Chinczycy, a Europejczycy, owszem, zwykle coś w tym guście mają, ale przedimki funkcjonują czasami zupełnie inaczej, więc też mają z angielskimi problemy.
Wyjaśnijmy sobie coś w takim razie. Anglosasi, bez względu na to czy są z UK, USA, Australii, Kanady i tak dalej, używają przedimków i są one dla nich niezbędne. Ich brak zaburza sens i jest niezwykle irytujący. Naprawdę, native'a mniej razi he don't go niż I have book. Dlaczego? Bo he don't go albo she work, tak samo jak if it will rain to błąd gramatyczny tylko i nie ma problemu z nadbudowaniem sensu. Informacja natomiast: I have book jest nieczytelna. Co to jest za książka, którą masz? Masz w ogóle książkę, jakaś książkę? No fajnie, każdy ma jakąś książkę. Ale czy masz dla mnie TĄ książkę, którą ci kazałem przynieść? Zdaniem I need glass można kogoś wprawić w osłupienie, no bo, co, potrzebujesz szkła?? Nie, ty potrzebujesz a glass, czyli szklanki. Takie sytuacje wymagają dodatkowego wysiłku i czasu, żeby ustalić, co Polak ma na myśli. Wiadomo, ludzie są niecierpliwi i nie mają czasu nas dopytywać. Dlatego właśnie takie błędy irytują.
Nie będę wykładać reguł, znajdziecie je w filmikach poniżej. Zawsze jednak powtarzam jedną zasadę: w języku angielskim nie ma takiej opcji, żeby rzeczownik policzalny w liczbie pojedynczej stał sam. Nie ma samotnego: book, car, table i tak dalej. Uświadomienie sobie tego to już połowa sukcesu, bo wyrabia to odruch pomyślenia, zanim wypowiem albo napiszę rzeczownik (przedimek zerowy, czyli nic może stać przed liczbą mnogą i rzeczownikami niepoliczalnymi, czywiście wtedy, kiedy to jest coś non-specific, czyli "jakieś").
Polecam waszej uwadze szczególnie ostatni filmik, po polsku. Uczy, jak sobie radzić, kiedy nie wiemy, jakiego przedimka użyć, ale wiemy, że tam powinien być. Zwłaszcza, kiedy coś piszemy, na egzaminach itd. To bardzo użyteczne wskazówki. Od wyboru artikla można uciec liczbą mnogą, zaimkiem dzierżawczym (my, your, his), albo wskazującym (this, that) czy też za pomocą słówka some.
Dzisiaj animal idioms. Jak to z idiomami bywa, niektóre mają swoje odpowiedniki w języku polskim, np. rat race - wyścig szczurów, albo pig-out jeść jak świnia, dark horse - czary koń, scapegoat - kozioł ofiarny. Niektóre zwierzęce idiomatyczne skojarzenia mogą jednak zaskoczyć; np. to rabbit to wcale nie to, z czym nam się kojarzą króliki. To tyle co dużo mówić. Dalej, my gonimy króliczka raczej niż dziką gęś (wild goose chase). "Kurczakowanie" nie kojarzy nam się ze strachem, a czerwony śledź to już w ogóle abstrakcja.
Ciekawe byłoby prześledzenie etymologii tych zwrotów; ta wspólne nam wszystkim to dziedzictwo biblijne i śródziemnomorskie (np bajki Ezopa). Ale niektóre odnoszą się do kontekstów charakterystycznych ściśle dla historii i kultury angielskiej. Wild goose chase ponoć pochodzi od specyficznego typu wyścigów konnych a red herring z historii opowiedzianej przez dziennikarza. Ciekawe, że niektóre, obce polszczyźnie zwroty, zaczynają się powoli zadomawiać w naszym języku, na przykład pecking order, "porządek dziobania", czyli hierarchia obowiązująca na przykład w świecie korporacyjnym.
Zachęcam do przestudiowania przykładów poniżej.
fly on the wall - an unnoticed witness
fly in the ointment - a small problem which nonetheless spoils the whole plan
ants in your pants / antsy - agitated or restless due to nervousness or excitement
a little bird(y) told me - told by a secret informant
to kill two birds with one stone - to accomplish two objectives at once.
to chicken out - to opt out of doing something because of being frightened
wild goose chase - an absurd or pointless mission
pecking order - the social hierarchy
dark horse - a less well-known competitor or candidate who succeeds to an unexpectedly high level
“Hold your horses!” - an expression requesting someone to wait a moment/hold on/slow down
straight from the horse’s mouth - directly from the best-informed authority
donkey work - the boring/gruelling part of a job
scapegoat - a person or group unfairly blamed for something that they have not done
pig-out - a session of excessive eating
catnap - a short sleep during the day
to let the cat out of the bag - to expose a secret
raining cats and dogs - raining heavily
to let sleeping dogs lie - to avoid interfering with a situation so as not to cause trouble
in the dog house - in disgrace/trouble
rat race - a situation in which people are fiercely competitive for wealth or power
to smell a rat - to suspect a trick/lie
fishy - suspicious
red herring - an intentionally misleading clue or piece of information
wolf whistle - a whistle or call with a rising and falling pitch which expresses sexual admiration but in a predatory, victimising manner (see catcall)
to get the lion’s share - to receive the largest portion
Dzisiaj Papa English i 10 Ways to Say Thank You In English. Czemu aż 10 ways i dlaczego samo: thank you nie wystarczy? Brytyjczycy są bardzo grzeczni, to już wiemy. My nie lubimy przepraszać ani dziękować, lepiej przepchnąć się obok kogoś w sklepie niż zaryzykować utratę godności w postaci "przepraszam". Brytyjczycy mają inaczej. Dlatego też mają bardziej rozwinięte słownictwo w tym zakresie. Poza tym są sytuacje, kiedy naprawdę jesteśmy komuś za coś wdzięczni i chcemy powiedzieć coś więcej niż thanks. Trzeba także odróżnić sytuacje potoczne od formalnych, "dzięki" powiemy kiedy indziej niż "dziękuję bardzo".
Lekcja poniższa mam dodatkowy walor. Aly uczy was również jak wypowiadać te zwroty; i nie chodzi tu o wymowę poszczególnych słów (które znacie), tylko brzmienie całej frazy. W naturalnej mowie słowa się ze sobą łączą i np. Not at all (Aly uczy również jak reagować na podziękowanie) brzmi jak not ta tall (notetol).
Zachęcam nie tylko do obejrzenia, ale ćwiczenia wraz z Alim, który powtarza zwrot kilka razy, a potem daje wam czas na powtórzenie. To właśnie, czyli stapianie się ze sobą słów, to największy problem w rozumieniu obcego języka, ponieważ słyszymy co innego, niż to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni w piśmie. Ćwiczenie tych połączeń, naśladowanie naturalnej wymowy, pomoże wam w rozumieniu szybkiej mowy.
Angielska wymowa jest nieprzewidywalna, ponieważ nie ma żadnych zasad.... No, niby tak. Ale właściwie wcale tak nie jest. Angielska wymowa jest częściowo przewidywalna i istnieją w niej pewne zasady, tyle tylko, że mnóstwo od nich wyjątków i sytuacji nie pasujących do nich. Tak, każde nowe słowo należy dla pewności sprawdzić w słowniku, a nie zgadywać, ponieważ wymowa angielska płata figle i może zawsze nas zaskoczyć. Z drugiej strony warto jednak znać te niekompletne i nie zawsze obowiązujące zasady, bo pomogą nam zapamiętać wymowę przynajmniej w tych przewidywalnych wypadkach.
Czy wiecie jak wymówić:
debt albo thumb, guest albo scissors, foreign, column, psychology, isle i whistle?
Wymowa każdego z tych słów jest przewidywalna, jeśli zna się reguły dotyczące tzw. silent letters, liter niemych, niewymawialnych zazwyczaj spółgłosek (choć niektóre reguły dotyczą także samogłosek). Poniżej tutorial Lucy na ten temat oraz oraz obrazki ilustrujące najważniejsze zasady.
Moje uszy mają się jakby ciut lepiej, a mój poprzedni wpis to było nie tylko narzekanie, ale także a means to an end (środek do celu). Przykład służący ilustracji szerszej tezy.
Nie po raz pierwszy, jak w przypadku moich dysfunkcyjnych trąbek słuchowych, spędziłam godziny poszukując informacji w internecie. Rzecz w tym, że zawsze rozkład tego czasu wygląda tak: 10% strony polskie, 90% strony angielskie. Dlaczego? Niestety, sad but true, treści dostarczane przez polskie strony są bardzo ubogie. W zasadzie po przeglądnięciu kilku źródeł odnosi się wrażenie, że jest to mniej więcej ta sana treść, ten san content, powielany w nieskończoność. Dlaczego tak się dzieje? No oczywiście jesteśmy spóźnieni w sensie ogólnej cyfryzacji, ale tak naprawdę bezpośrednim problem, jak zawsze i wszędzie, są pieniądze. Polskie media i instytucje nie mają po prostu środków, aby zlecić napisanie dobrego tekstu. W przypadku stron po angielsku mamy do dyspozycji ogromną bibliotekę informacji udostępnianą bardzo często przez instytucje publiczne, fundacje, które po prostu mają środki na to, że zapłacić za dobry content (nie wchodzę w dość oczywistą sprawę, że trzeba korzystać z poważnych stron a nie głupot albo kampanii reklamowych, dla mnie co jest czym jest oczywiste). Owszem, za dostęp do wielu tekstów trzeba płacić, ale równocześnie mamy do dyspozycji ogromną ilość darmowych materiałów.
Jeśli chodzi o ludzkie problemy zdrowotne, w polskim internecie można jeszcze coś znaleźć. Jeśli chodzi o weterynarię wygląda to naprawdę marnie. Za każdym razem, jeśli poszukiwałam informacji o kocich przypadłościach, korzystałam wyłącznie ze źródeł anglojęzycznych. W polskim internecie było tyle co nic, albo powielane pustosłowie. W ten sposób również rozwiązałam wiele innych moich problemów, na przykład z komputerem, drukarką i innym sprzętem. W tym przypadku fora internetowe okazują się nieocenionym źródłem, ponieważ od ludzi można dowiedzieć się naprawdę wszystkiego. Co więcej, ile razy sprawdzam coś w Wikipedii, wchodzę na strony angielskie, bo polskie bardzo często oferują treść niekompletną, ubogą, albo w ogóle nie ma takiego hasła. Inna sprawa to youtube i tutoriale, które można tam znaleźć praktycznie na każdy temat. Ile razy nie mogłam sobie poradzić z instalacją czegoś albo np na początku z blogiem z - zawsze youtube pomogło, ale po angielsku.
I o tym jest dzisiejszy filmik Valdimira. Vladimir mówi: angielski to nie hobby. Angielski to konieczność, jeśli chcesz korzystać z dobrej jakości informacji. Szczególnie polecam tą część filmu, gdzie Vladimir dokonuje porównania zasobów internetowych w różnych językach, w tym jego ojczystym, bułgarskim. Jest tam też polski. Warto to przemyśleć. Liczby mówią same za siebie. Vladimir mówi: jeśli chcesz się nauczyć angielskiego, zmień podejście. Angielski to nie przedmiot szkolny, nie działalność hobbistyczna, ani przymus. To narzędzie, które otwiera przed tobą świat.
Inna sprawa, że trzeba mieć w sobie ciekawość poznawczą i potrzebę wiedzy, Szukać, szperać, przedzierać się przez dziesiątki stron. Sprawdzać słówka, kombinować, domyślać się. Jeśli nie masz w sobie tej pasji - twój angielski zatrzyma się na poziomie szkolnym...
Żegnamy rok 2018. Ja długo go nie zapomnę, choć wolałabym wielu rzeczy nie pamiętać. Dla mnie osobiście był to Annus horribilis (jak królowa Elżbieta określiła rok 1992, rok rozpadu małżeństwa Karola i Dani oraz pożaru w pałacu Windsor). Dwa kocie nowotwory, strata Pusiastej, trzy operacje Prosiaczka, koszmarny remont, drzwi-story, nieustające się pomniejsze awarie, plus trzy tygodnie cierpień na ketonalu (po stosunkowej prostej ekstrakcji zęba).
A teraz kończy się właśnie drugi miesiąc mojej walki z dysfunkcją trąbki Eustachusza (takie coś co łączy ucho z nosem i odpowiada za wyrównanie ciśnienia) i wysiękowym zapaleniem ucha środkowego, najpierw jednego, a teraz już dwóch. Pięć (płatnych) wizyt u laryngologa i... nic. Poszerzyłam za to znacznie moje słownictwo angielskie z zakresu otolaryngologii, ponieważ przeczytałam dziesiątki stron i artykułów na ten temat. To takie coś, co nie wiadomo jak leczyć, po angielsku nazywa się to watchful waiting, czyli obserwujemy i nic nie robimy, bo zwykle samo przejdzie, po polsku znaczy to tyle, co spadaj pacjencie. Drugi etap nazywa się "leczenie zachowawcze", czyli idź do apteki po ibuprom zatoki i spray do nosa. Trzeci etap - czyli samo jednak nie przeszło - nacięcie operacyjne błony bębenkowej i włożenie drenu. Fajnie, nie?
Pomocny dużo bardziej niż lekarze okazał się internet i YouTube, no więc lecz się człowieku sam. Są na te trąbki różne ćwiczenia, inhalacje, dmuchanie balonika (nie tego, o którym myślicie) itd, no ale to już dr Google, nie doktor laryngolog. Inaczej mam przed sobą wizję leczenia szpitalnego, ale co ja mam zrobić z Prosiakiem - cukrzykiem, którego strach zostawić nawet na jedną noc, bo jak nie ma ochoty jeść, to cukier jej spada dramatycznie. Póki co inhaluję się i dmucham balonik i mam nadzieję, że jakoś przejdzie (jeszcze słyszę i lekcje odbywają się normalnie:)).
Wierzę jednak w 2019 - oby ten rok był lepszy. Czego życzę nam wszystkim.
Poniżej przegląd wydarzeń 2018 - GOOD THINGS that happened.
Nie lubię Świąt (wyznaję), tych z mrowiem ludzi w zakupowej pogoni i Jingle Bells ryczącymi z głośników. Ale uwielbiam stare, tradycyjne kolędy angielskie. Nie przejadły mi się nawet po latach pracy w szkole i puszczania ich na lekcjach przed każdym Bożym Narodzeniem. Ile razy je słyszę, ogrania mnie wzruszenie. Jest w nich tchnienie dawnych czasów i dawnych, magicznych świąt. Świąt, które jednoczyły ludzi we wspólnym doświadczeniu Niezwykłego.
Ale lubię je także z innego powodu. Jest w nich przechowany nie tylko świat, jakiego już nie ma, ale także język, jakim kiedyś mówiono. Język angielski zasadniczo zmienił się niewiele od czasów Szekspira. Ale są słowa, które już tylko występują w literaturze (i na kartkach świątecznych), chociaż dalej notują je słowniki współczesnej angielszczyzny.
Noel to Boże Narodzenie, Good tidings we bring to you and your kin - to tyle co: przynosimy dobrą nowinę tobie i twoim krewnym. Hark! the herald angels sing - słuchaj, śpiewają heroldowie anielscy. Come and behold Him - przyjdźcie Go zobaczyć. Hail the heaven born Prince of peace - Niech będzie pozdrowiony... (tak, wszystkim, którym hail się kojarzy z czym innym tłumaczę, że dobrze się kojarzy, angielski to język z grupy germańskiej i podobieństw, zwłaszcza w staroangielskim było więcej. Tym słowem m. in. u Szekspira czarownice witają powracającego Makbeta). I love thee Lord Jesus,Come all ye faithful to stare formy zaimka you.
Po co to - możecie zapytać. A no te słowa wciąż występują na przykład w cytatach. Być może znacie powiedzenie, które stało stało się ostatnio dość popularne: Beauty is in the eye of the beholder - piękno jest w oku patrzącego.
Po prostu posłuchajcie, może was też zaczaruje urok tych staroświeckich kolęd. Każda w wersji z tekstem.
Dzisiaj dość przewrotne video Vladimira: 4 questions you should never ask your teacher. Cóż to za pytania? Nie powiem wam, bo trzeba posłuchać Vladimira:)
Wszystko sprowadza się do: be proactive. Nauczyciel nie dokona za ciebie wyborów i nie powie ci, co dla ciebie najlepsze, co cię zainteresuje, co czytać, słuchać i z czego się uczyć. Bo dla każdego będzie to co innego. Vladimir w każdy razie odradza wydawnictwa dwujęzyczne, czyli w naszym przypadku z polskim tłumaczeniem. Ile razy coś takiego widzę, ręce mi opadają i do tłumaczenia i ogólnej przydatności takich publikacji.
Vladimir jednak mówi coś więcej: nie używaj mnie jako słownika, bo jestem na to za drogi. Tak, słowniki są za darmo i są w domu. Szkoda na to czasu na lekcji. Ja osobiście bywam chętnie słownikiem, jeśli słówko jest nowe na lekcji, ale przykro mi się robi, jeśli ktoś miał zrobić zadanie w domu, a pyta mnie o słówka, których nie sprawdził...
Wszystko o czym mówimy tutaj, nie po raz pierwszy, sprowadza się do jednego: przejmij inicjatywę i nie czekaj, że ktoś cię nauczy języka w magiczny sposób. Efektywna nauka to morze pracy własnej. Szperania, sprawdzania, czytania, szukania odpowiedzi.
Tyle razy słyszę, że dotychczasowe niepowodzenia w nauce, to źli nauczyciele, nie taka grupa itd. Tak, wiem, są beznadziejni nauczyciele, za duże grupy itd. Naprawdę to wiem. Ale jakoś nie zdarza mi się nigdy usłyszeć: my English is poor... bo się nie przykładałem, nie korzystałem z szans, nie pracowałem. Vladimira można szczególnie polecić osobom mniej zaawansowanym, z uwagi na spokojny i wyraźny sposób mówienia. Vladimir określa siebie virtually native, czyli "praktycznie", "niemal" native speaker. Biografia Vladimira wygląda następująco: Growing up in Bulgaria, behind the Iron Curtain, I had verylimitedaccess to western culture ... and especially books, music, and movies from the USA and England.
- I started learning English seriously at age 27, - I started teaching English 3 years later.
Słowem chcieć to móc. Języka można się nauczyć zawsze i w każdym wieku. To, że rodzice nie wysyłali was na prywatne lekcje, ani że nauczyciel w szkole zmieniał się co roku, nie przekreśla waszych szans. Po prostu trzeba się za to zabrać i nie szukać wymówek.
Tom zebrał dla was the best of the best: najlepsi nauczyciele na YouTube, oczywiście jego zdaniem. Muszę przyznać, że moja super 10tka wyglądałaby trochę inaczej, ale o to właśnie chodzi: do każdego przemawia co innego. I dlatego każdy musi znaleźć coś, co trafia akurat do niego. Nauczyciela, który budzi waszą sympatię, którego będzie rozumieć, którego format lekcji wam odpowiada, tak samo jak poczucie humoru, ton głosu, tempo lekcji i tak dalej. Kiedy już ktoś wam przypadnie do gustu, nie warto tracić na wyszukiwanie tematyczne. Wszystkie tematy lekcji są tak czy inaczej przydatne. Czy będziecie słuchać o prepositions, phrasal verbs, czasach, słownictwie, wymowie - przede wszystkim jest to dla was kontakt żywym językiem i ćwiczenie umiejętności rozumienia ze słuchu.
Lekcje na YouTube są bardzo różne. Tom akurat nie jest entuzjastą lekcji pod tablicą (sam deklaruje, że uczy fresh, modern English). Ja z drugiej strony te lekcje cenię, bo szczególnie osoby na mniej zaawansowanym poziomie mogą się z nich nienerwowo, spokojnie, powoli nauczyć wiele. Wybór Toma to lekcje, na których dzieje się dużo więcej; nauczyciel nie uczy, ale gawędzi z wami, są i żarty, i dialogi dwóch osób albo wywiady na ulicach.
Na pewno nie będziecie się nudzić:)
Najpierw tutorial Toma, a potem przykłady nauczycieli, których poleca.
Dzisiaj znowu Ganesh. How to Increase Your Vocabulary. Pamiętacie? Nie fiszki, nie słowniki tematyczne, listy słówek. Słownictwo zawsze i tylko w kontekście. Czyli – czytanie. To niekochana prawda, bo czytanie w dzisiejszych czasach w ogóle jest niemodne. Czytanie tymczasem to słowa w ich środowisku naturalnym, zanurzone w tekście. Listy słówek wydają się drogą na skróty. Tyle że z tego niewiele wynika, jeśli nie wiecie jak te słówka zastosować w zdaniu i we właściwym kontekście. Czytanie to obcowanie z językiem, to związki wyrazowe, konstrukcje gramatyczne, zwroty i wyrażenia.
Żeby czytanie nie było niechętnie odrabianym zadaniem domowym, trzeba znaleźć coś, co was interesuje. Dla każdego będzie to coś innego. Nawet plotki i ciekawostki, choć dla osób mniej zaawansowanych polecałabym raczej materiały dostosowane do możliwości, np są adaptacje książek i opowiadań przygotowane na określonym poziomie. Albo readingi na portalach służących do nauki.
Ale z samego czytania, tak jak oglądania filmów w oryginale, niewiele jeszcze wynika. Nic nie przychodzi metodą na leniucha. Nic nie wejdzie do głowy, kiedy siedzicie na kanapie albo przerzucacie tekst, żeby tylko zrozumieć. Aby były efekty – potrzebna jest praca. Więc Genesh tłumaczy, jak pracować z tekstem, jak wypisywać słówka i jak się ich uczyć.
Ach, te czasy… Większość osób, która zaczyna się ze mną uczyć, odczuwa potrzebę ich powtórki, najlepiej tak od początku i od podstaw. Tymczasem z czasami stykamy się na każdym etapie edukacji, od podstawówki licząc, więc tych powtórek, zwłaszcza podstawowych czasów, było już mnóstwo. Czasy trzeba ćwiczyć, do czasów trzeba wracać – na pewno. Ale z wiedzą, którą już macie, wiele możecie zrobić sami. Nie potrzebujecie nauczyciela, który wyłoży wam wszystko od A do Z. Nie potrzebujecie również wydawać pieniędzy na kolejną książkę do gramatyki. Wystarczy poszperać trochę, poszukać i poczytać w internecie. Czasami jest to kwestia znalezienia odpowiedniego źródła, czegoś, co przemówi do was, ujęcia, które do was trafi. Dzisiaj mam dla was: Learn ALL TENSES Easily in 30 Minutes. Oczywiście nie nauczycie się czasów w 30 minut. Ale można odświeżyć swoją wiedzę, słuchając native speakera równocześnie. Czyli grammar i listening w jednym.
Business English to głównie profesjonalne słownictwo. Invoice to faktura, contractor to wykonawca albo kontrahent, supplies - dostawy, assets - aktywa, overheads - koszty. Język biznesu to też specyficzne odpowiedniki słów z języka ogólnego. W mailach pisze się nie I would like to ask ale I would like to enquire, purchase zamiast buy, dispatch albo ship zamiast send. Ale oprócz tego typu oficjalnego, profesjonalnego słownictwa, w firmach także używa się w języku mówionym specyficznych idiomów. I'm snowed under - jestem zawalony pracą, I'm tied up - nie mam czasu, something has come up - coś mi wyskoczyło. I dzisiaj właśnie lekcje Emmy prezentujące tego typu potoczne wyrażenia.