Dzisiaj jeszcze jeden tutorial. Bardzo ciekawa lekcja Jamesa, w której tłumaczy, czym jest blended speech albo relaxed speech, czyli szybka, swobodna wymowa, w której słowa się zlewają, zdania redukują, a wy macie poczucie, że słuchacie języka, którego nie znacie, a nie angielskiego. James omawia kilka często używanych zdań i zwrotów, i co konkretnie się dzieje z nimi w szybkiej mowie. Opanowanie tych sound patterns pomoże wam lepiej rozumieć native'ów. Ale warto także samemu poćwiczyć te przykłady, w ten sposób uczycie się brzmieć naturalnie i oszczędzać wysiłek językowy. Macie na pewno uczucie, że męczycie się mówiąc w obcym języku. Właśnie dlatego, że nie znacie dróg na skróty i sposobów ekonomizacji wysiłku. Więc warto powtarzać za Jamesem:)
środa, 13 grudnia 2017
poniedziałek, 11 grudnia 2017
Dlaczego tak trudno ich rozumieć?
Znasz to uczucie w konfrontacji z żywym angielskim, że nic nie rozumiesz? Wyjeżdżasz do Anglii albo spotykasz w Polsce Anglosasów i nagle zaczynasz kwestionować sens całych lat swojej nauki? Zaczynasz zastanawiać się, czy język, jakim mówi się na co dzień, to w ogóle jest ten język, którego uczyli cię w szkole, na uniwersytecie, na kursach, z książek. Więc czego właściwie cię uczyli? Zaczynasz sądzić, że nauka w Polsce to strata czasu i tylko wyjazd za granicę otworzy cię na prawdziwy angielski.
Dzisiaj trochę na ten temat. No więc - czy angielski szkolny to ten angielski, którym mówią naprawdę ludzie w Anglii? I tak, i nie. Angielski, którego nie tylko ty się uczysz, ale uczy się cała Europa z tych samych książek, English for non-native speakers, to twór trochę teoretyczny. To prawda. Ale inaczej być nie może. Po prostu.
Angielski jest niezwykle zróżnicowany, ma mnóstwo akcentów i odmian terytorialnych. To jest coś, czego my, użytkownicy języka polskiego, nie doświadczamy i nie możemy sobie nawet wyobrazić. Jesteśmy społeczeństwem homogenicznym, a w każdym razie takim staliśmy się po czystce II wojny światowej. Polska przedwojenna była całkowicie inna, był to konglomerat różnych narodowości, języków i odmian regionalnych polszczyzny, wystarczy wspomnieć Kresy. Po drugiej II staliśmy się jednym narodem z jednym językiem. Odmienności dialektowe zaczęły ograniczać się do starszego pokolenia i środowiska wiejskiego. Ale i te powoli znikają z polskiego krajobrazu. Że Śląsk? No dobra. Ale mówmy o ulicy Katowic, a nie kultywowanych osobliwościach. To zupełnie co innego, jeśli jesteś Londyńczykiem i znajdziesz się w Glasgow.
Angielski jest więc zróżnicowany, amorficzny, terytorialny, i niestety zależny również od pochodzenia społecznego i wykształcenia. Współczesna świadomość stara się celebrować te różnice raczej niż je wykorzeniać; już nawet w telewizji usłyszysz ludzi mówiąc z regionalnym akcentem. Gdzie w tym wszystkim jesteś ty, uczący się, skoro nawet sami Anglicy nie potrafią rozstrzygnąć, co jest poprawne?
No więc to prawda, że uczysz się języka, nie tyle sztucznego, co wzorcowego. Takiego, który rozumieją wszyscy. Kiedyś mówiło się BBC English (kiedyś, bo teraz już i BBC ustąpiło). Teraz uczysz się Standard English. Angielskiego, jaki polecają słowniki. Kiedyś używało się pojęcia RP. Received pronunciation. Received bo "otrzymana", bo uczyli się jej sami Brytyjczycy w szkołach. RP było kiedyś miarą wykształcenia.
* * *
Ale niech wam o tym opowie ktoś inny. Dzisiaj trzy tutoriale z Youtube. Na początek miła pani wytłumaczy wam, czy jest RP i opowie o innych odmianach Angielskiego, m. in. Cockney, angielskim, jakim mówią w Szkocji itd.
(trzeba cofnąć do początku, z jakiegoś dziwnego powodu otwiera się od 18 minuty i nie mogę nic z tym zrobić)
Różnica między standard English a językiem ulicy to oczywiście nie tylko wymowa i akcent, to także słownictwo. Młody człowiek podrzuci wam więc trochę potocznego słownictwa. Słownictwa, jakie możesz usłyszeć od młodych ludzi zapoznanych w pubie. To nie są słówka, które znajdziesz w podręcznikach. How to sound like a native speaker... Ale pamiętajmy, że mówimy o słownictwie bardzo, bardzo potocznym, na poziomie stylistycznym "ale jestem wkurzony". Więc to nie takie złe, że tego się nie uczycie, no bo na zebraniu biznesowym to nie wypadnie dobrze.
I trzecie video, znajdziecie tu odpowiedź, dlaczego native speakerów tak ciężko zrozumieć. Nawet jeśli mówią językiem z podręczników. Tak się dzieje za sprawą procesów obecnych w każdym języku, także w polszczyźnie. W języku obowiązuje zasada ekonomii wysiłku. To dość oczywiste. Mówimy szybko. I dlatego słowa i dźwięki zlewają się. Dochodzi do upodobnień między głoskami, procesów redukcji i uproszczeń.
Przypominam, że w każdym tutorialu można ustawić napisy. Piszę o tym, bo niewątpliwie są to lekcje dla ciut już zaawansowanych, ale rzeczy o których tu mowa, są naprawdę ważne dla rozumienia jak funkcjonuje język.
sobota, 9 grudnia 2017
Wybór lektora - grupy, Skype, częstotliwość lekcji
Wracam do tematu wyboru lektora.
W wielu ogłoszeniach możecie znaleźć ofertę lekcji w parach albo grupach. Ucz się ze znajomym, albo w grupie 2-3 osobowej, stworzonej przez lektora. Na pierwszy rzut oka wydaje się to wygodnym rozwiązaniem dla obu stron. Ty płacisz mniej, lektor zarabia więcej. Niektórzy lektorzy zapewniają również, że w towarzystwie znajomej osoby przełamiesz szybciej barierę mówienia.
Mogę wam tylko powiedzieć, co ja o tym myślę. To moja osobista opinia. Ja nie tylko nie łączę w grupy, ale wręcz opieram się ofertom takich lekcji. Dla mnie to nie działa. 60 minut nawet dla jednej osoby to nie jest tak dużo. Trzeba sprawdzić zadanie, zrobić coś nowego, no a przede wszystkim i nade wszystko na lekcji musi być czas na swobodną rozmowę. Jeśli ten czas rozkłada się na dwie osoby, jest go dużo mniej. Poza tym zawsze są różne osobowości. Ktoś dominuje, ktoś jest bardziej rozgadany, ktoś pewniejszy siebie albo trochę lepszy. No i ta osoba mniej pewna może czuć się oceniana, więc moim zdaniem może to tworzyć dodatkową barierę.
Prywatna lekcja to ma być czas dla ciebie. Wyłącznie. To ma być bezpieczna przestrzeń i czas, aby się otworzyć. A do tego lektor musi zbudować więź z uczniem. Sprawić, żeby poczuł się bezpiecznie, nabrał zaufania, poczuł, że jest naprawdę w centrum uwagi i troski. Uczeń na lekcji ze znajomym jest w relacji z nim, a nie z lektorem. Lektor staje się asystentem, a nie partnerem.
Każdy człowiek jest inny i każdy uczeń wymaga innego podejścia. Każda moja lekcja, nawet z tego samego materiału, wygląda inaczej w zależności od temperamentu, osobowości, tempa nauki i umiejętności ucznia. Temu mają służyć prywatne lekcje - dostosowaniu procesu nauczania do ciebie i twojej niepowtarzalności.
Poza tym pojawiają się problemy bardzo praktyczne. Raz jedna osoba nie ma zadania, raz druga, albo ktoś czegoś nie przygotował. I co z tym robić? Nie sprawdzić zrobionego zadania to jest niedobre i demotywujące na przyszłość. Sprawdzić jedno zadanie - też trochę nie ma sensu, bo drugie będzie trzeba sprawdzić na kolejnej lekcji. Jeszcze gorzej, jeśli raz przychodzi jedna osoba, raz druga. Co w takiej sytuacji robić? Po prostu konwersacje, czy iść z materiałem do przodu? Jak sobie z tym poradzi nieobecny? Jeszcze gorzej, jeśli siedzimy i czekamy, i nie wiemy, czy druga osoba przyjdzie. Jest to strasznie dezorganizujące. W moim przypadku to się tylko sprawdziło kilka razy w przypadku małżeństw albo par mieszkających ze sobą, które faktycznie tworzyły zgrany tandem i troszczyły się o siebie nawzajem (np o podział czasu i przestrzeni, zadania).
Inna sprawa to oferta lekcji przez Skype'a. Brzmi dobrze, bo wydaje się oszczędzać twój czas. Tak, czasami daję lekcję przez Skype'a i dlatego mam z nimi doświadczenie. Ale ich raczej nie lubię i traktuję tylko jako emergency, jeśli ktoś nie może przyjść, albo gdzieś wyjechał. Lekcja na Skypie dla mnie to taki pół-środek. Komunikacja to nie tylko audio, przekaz werbalny, to całe mnóstwo sygnałów pozawerbalnych, spojrzenie, wyraz twarzy, język ciała, gest. W kamerze widać obraz opóźniony, rozmazany, spojrzenie utkwione w ekran. Nie widzę twoich oczu, nie czytam emocji. Jeśli na lekcji zapada cisza, ja widzę, gdzie patrzysz, może na przykład patrzysz na złe ćwiczenie i dlatego nie wiesz, co robić. Na Skype'ie nie wiem, co się dzieje i nie umiem ci pomóc. Nie da się także w czasie realnym zrobić listeningu, nie zatrzymam dla ciebie nagrania i nie puszczę wybranego fragmentu jeszcze raz. Skype to nie jest prawdziwa relacja, to nie jest spotkanie, to nie jest bycie przy tobie. Poza tym - i to potwierdzają moi uczniowie - zupełnie czym innym jest wyjście z domu, zmobilizowanie się, nowe miejsce, nowa sytuacja.
To dotyczy także lekcji, kiedy lektor przychodzi do domu. Wydaje się wygodniejsze niż dojazd do lektora. Lekcje w domu jednak nie sprzyjają mobilizacji i koncentracji. Nie traktuje się ich dostatecznie poważnie. Tak twierdzą moi uczniowie. Poza tym - piszę to ostrożnie - bo nie chcę generalizować, rynek lekcji jest w tym momencie tak rozwinięty, a zapotrzebowanie na lekcje tak duże, że sensowni lektorzy nie potrzebują uskuteczniać peregrynacji po mieście i tracić czasu w korkach (czasu który mogliby przeznaczyć na kolejną lekcję), ponieważ mają dość lekcji we własnym miejscu. Oczywiście jest to też kwestia indywidualnych warunków mieszkaniowych, z tego powodu zapewne są osoby, które wybierają taki styl pracy. Jeszcze raz podkreślam, że piszę to z rezerwą. Ale jeśli szukasz sensownego lektora, raczej to ty musisz dojechać do niego. Bywają też propozycje lekcji przy kawie w pubie. Szczególnie w przypadku native speakerów, oni mają taki casual style. Znowu nie chcę generalizować, ale chyba sam czujesz, że pub to nie miejsce do nauki i koncentracji.
Jaka częstotliwość lekcji jest optymalna? To pewnie też różnie widzą różni nauczyciele. Dla mnie jest to 60 minut raz w tygodniu. Taki system sprawdza się najlepiej z praktycznych przyczyn. Wszyscy pracujemy i mamy swojej życie, dwa spotkania w tygodniu okazać mogą się za bardzo obciążające. Weź pod uwagę zrobienie zadania i powtórzenie materiału. Naprawdę lepiej, żebyś tę drugą godzinę poświęcił na samodzielną pracę w domu. Lepiej także żebyś się nie zniechęcił po kilku miesiącach, bo czujesz, że nie masz czasu na przyswojenie materiału. W nauce znacznie ważniejsza jest systematyczność niż intensywność. Oczywiście zdarzają się osoby, które chodzą dwa razy w tygodniu i to się dla nich sprawdza. 1,5 godziny? Uważam, że lepiej, żeby lekcja zostawiała cię z pewnym uczuciem niedosytu (moi uczniowie często się dziwią, że już przeszła cała godzina), niż żeby cię nużyła i męczyła. 1,5 h może się jednak sprawdzić w przypadku przygotowania do egzaminu, kiedy uczeń przynosi prace pisemne i dużo czasu schodzi na ich sprawdzanie.
piątek, 8 grudnia 2017
Koty, koty, koty...
O kotach już było:
http://agnielskiagnieszki.blogspot.com/2017/11/mam-dwie-kotki-obecnie-juz-15-letnie.html
Tam trochę informacji o ich historii. Ale kotów nigdy dość, czyż nie?:)
Ach, te proszące oczy pod drzwiami kuchni:
A tu już się otwierają drzwi do raju:
Z serii koty i pudełko. Czasami dochodzi przy tej okazji do łapoczynów:
http://agnielskiagnieszki.blogspot.com/2017/11/mam-dwie-kotki-obecnie-juz-15-letnie.html
Tam trochę informacji o ich historii. Ale kotów nigdy dość, czyż nie?:)
Ach, te proszące oczy pod drzwiami kuchni:
A tu już się otwierają drzwi do raju:
![]() |
Puduszka (specjalne kocie spanie) stanowi również przedmiot rywalizacji. Kto pierwszy, ten lepszy.
Kocia toaleta, a potem robi się sennie:
Nie tak łatwo zrobić zdjęcie kotu, który ma zwykle inne sprawy w głowie niż pozowanie. Co innego, jeśli usiłuję zrobić zdjęcie czemuś innemu. O, wtedy koty muszą być w kadrze, koniecznie. Tutaj usiłuję zrobić zdjęcie czytnikowi Kindle, który sprzedawałam, a niżej to samo w przypadku roweru. Nie ma to jak koty w reklamie:) Obie rzeczy sprzedały się od ręki.
wtorek, 5 grudnia 2017
Jak wybrać lektora
Jeżeli nie szkoła językowa... Załóżmy, że decydujesz się na prywatne lekcje, jak wybrać lektora?
Zacznijmy więc od tego, gdzie szukać. W tej chwili najlepsze portale z lekcjami dla studentów, dorosłych czy profesjonalistów to: olx, gumtree, e-korepetycje, ang.pl. Bądź jednak uważny. Znajdziesz tam lektorów bardzo różnych. Osoby uczące małe dzieci, albo korepetytorów oferujących lekcje dla uczniów podstawówki i gimnazjum, czy też przygotowujących do matury. Dalej, osoby uczące tylko do jakiegoś poziomu (co znaczy, że ich umiejętności są ograniczone), studentów anglistyki, którzy sami się uczą, więc nie umieją jeszcze wiele, nauczycieli szkolnych, dla których lekcje są zwykle tylko dodatkiem do etatu, wreszcie zawodowych lektorów, ludzi, którzy żyją z udzielenia lekcji. I oczywiście native speakerów. Jak się w tym wszystkim połapać?
Przede wszystkim czytać uważnie ogłoszenia. Niektóre są naprawdę długie i szczegółowe. W niektórych przypadkach zawierają wręcz czyjeś cv. Dlatego proponuję nie zawracać sobie głowy ogłoszeniami składającymi się z kilku zdań. Potrzebujesz informacji, nie masz czasu dzwonić i prowadzić wywiad. Dwa, jeśli ktoś nie potrafi napisać nic więcej, to albo nie ma o czym, albo nie ma umiejętności komunikacyjnych. A to podstawa w tej pracy. Żeby mówić, potrzebujesz osoby, która cię otworzy i skłoni do do rozmowy.
Co powinieneś wiedzieć z ogłoszenia?
Przede wszystkim wykształcenie
Filologia angielska, oczywiście. Ale ważne jest także przygotowanie pedagogiczne. To jest specjalizacja, którą się wybiera, a nie standard. Można wybrać specjalizację tłumaczenia, angielski w biznesie itd. Koledż natomiast kształci nauczycieli z definicji, tyle że sam koledż to za mało. Ważne są studia magisterskie. Uważajcie. W niektórych ogłoszeniach ludzie chwalą się studiami za granicą. Brzmi fajnie? No... może. Pytanie tylko, co to były za studia. Raczej nie nauczycielskie, prawda? Ciebie interesuje, nie tylko czy kandydat na twojego lektora mówi płynnie, ale nade wszystko, czy umie uczyć. To samo dotyczy pobytu zagranicą. 5 lat? Super. Ale praca zagranicą i nawet płynny angielski z nikogo nie czyni nauczyciela.
Doświadczenie
Dwa lata doświadczenia? To za mało. Być może jestem stronnicza, bo sama mam trochę lat, ale sugeruję stawiać na ludzi, który uczą już od wielu lat, przeszli przez wiele miejsc i uczyli dziesiątki osób. Sama wiem, jaka przepaść dzieli mnie od tego, co umiałam na początku. Zaletą młodszych osób jest świeżość i dobre chęci, to prawda. Dostosują się do twojego grafiku (doświadczeni lektorzy mają zwykle niewiele wolnych miejsc), być może nawet dojadą do ciebie. Ale być może też dostosują się do twojego braku czasu na robienie zadań domowych i uczenie się słówek. A ty potrzebujesz nauczyciela, który będzie cię motywował i nie będzie odpuszczał.
Zwróć uwagę, gdzie twój lektor pracował. Szkoła podstawowa czy gimnazjum to nie jest rekomendacja dla ciebie. Nie chcesz, żeby do ciebie mówiono dużymi literami i nie chcesz zapisywać definicji (przepraszam nauczycieli, wiem że to uproszczenie) No, chyba, że chcesz. Ja w to nie wierzę. Ja wierzę w to, że dorosły, zmotywowany człowiek potrzebuje... ciśnie mi się angielski: guidance and assistance, wskazówek i pomocy, ale nie wskazywania palcem i tłumaczenia słowo po słowie. Ostatecznie będziesz wrzucony w realną sytuację i będzie musiał sam sobie radzić. Dlatego potrzebujesz kogoś, kto będzie cię traktował jak dorosłą osobę i będzie wierzyć w twoje samodzielne umiejętności bardziej niż tym sam.
Ważne też, żeby twój lektor nie traktował lekcji jako działalności pobocznej, bo nie będzie jej traktował poważnie. Być może będzie miał więcej terminów do zaproponowania, ale ty powinieneś stawiać na ludzi, dla których lekcje stanowią
główne, albo przynajmniej, ważne źródło utrzymania. Słyszę od moich uczniów opowieści o ich poprzednich lektorach, że odwoływali co drugie zajęcia, wysyłali smsesy tuż przed lekcją, że sorry.. ale dzisiaj nie. Dla mnie to jest niepojęte.
Metody
Ważne też, aby w ogłoszeniu znalazł się opis metod pracy, czy może podejścia lektora do uczenia. Dobry lektor powinien być w stanie wyłożyć własną filozofię. Ważne, aby stawiał na mówienie, praktyczne użycie języka, zanurzenie w języku i kulturze.
Ale nie wierz obietnicom cudownych postępów. Że szybko, łatwo i przyjemnie. To, że lektor takich rzeczy nie pisze, jest miarą jego uczciwości, moim zdaniem. Nie ma łatwo ani szybko. Przyjemnie - owszem, ale zgódźmy się, że nie wydajesz pieniędzy po to tylko, żeby było miło. Nie ma też czegoś takiego jak unikalne metody szybkiej nauki (angielski x 4 szybciej itd, natychmiastowy postęp) itd. Niestety, jak ze wszystkim w życiu, efekty wymagają wysiłku i pracy, a nauka języka to nie nauka do egzaminu, to ćwiczenie umiejętności, to skomplikowany proces aktywizujący różne ośrodki w twoim mózgu, to proces psychologiczny i to wymaga czasu.
Nie nabieraj się też na marketingowe chwyty w postaci nazywania tych lekcji coachingiem językowym, a nauczyciela trenerem, czy też sugerowania stosowania jakiś nowatorskich technik psychologicznych. Pamiętacie system SITA? Ciemne okulary i słuchanie nagrań "w stanie głębokiego relaksu". Że niby mózg przyswaja naturalnie. Tak to się nie da. Nie da się iść spać w słuchawkach i obudzić się mówiąc płynnie w obcym języku. Cudów nie ma.
Cdn.
Idiomy - feet, legs
Dzisiaj znowu trochę idiomów, tym razem związanych z nogami:).
Niektóre są całkiem przewidywalne i podobne do polskich:
to be on your/its last legs - być na ostatnich nogach; ale nie tylko człowiek, można tak powiedzieć również o samochodzie albo telewizorze:
My car is on its last legs. It's going to break down any moment.
to put your foot down - tupnąć nogą, przyjąć twardszą postawę
You need to put your foot down and show who is the boss.
You can put your feet up and relax in this comfortable armchair.
to think on your feet - myśleć szybko, na miejscu
During a job interview you may be asked an unexpected question and you have to think on your feet.
itchy feet - jeśli cię stopy swędzą, nosi cię, chcesz coś zrobić, gdzieś wyjechać.
Watching travel programmes gives me itchy feet.
to get cold feet - strach mnie obieciał, coś jak zimny dreszcz
He got cold feet at the last moment and resigned from a parachute jump.
Są też bardziej dziwaczne skojarzenia z nogami:
pull sb's leg - nabierać kogoś.
He wasn't serious about taking you to New York. He was just pulling your leg.
to foot the bill - opłacić rachunek
to cost an arm and a leg - kosztować bardzo dużo
to put your foot in it /to put your foot in your mouth - powiedzieć coś niewłaściwego w niewłaściwej sytuacji
niedziela, 3 grudnia 2017
Dysgramatykalia
Dysleksja, dysgrafia, dyskalkulia... Wszyscy znamy te nazwy. Może takich dys-umiejętności jest więcej? Kiedy robiłam prawo jazdy i oblałam egzamin sześć razy z rzędu, mówiłam do wszystkich, że ja muszę cierpieć na dysprzestrzennię:)
Coraz częściej zaczynam się zastanawiać, czy nie istnieje przypadkiem coś takiego jak dysgramatykalia. W swojej pracy napotykam osoby, których problemy z gramatyką wyrastają poza przeciętne, że tak to określę. I tu nie chodzi o problemy z rozpoznawaniem czasów. Nawet jeśli, przy mojej pomocy, uczeń jest w stanie rozpoznać prawidłowo czas, nie jest w stanie go utworzyć. Nawet mając przed sobą "ściągę", czyli wyraźnie rozpisany schemat tworzenia czasów, dalej ma problem ze stworzeniem prawidłowej formy. A pytania i przeczenia to już Mont Everest.
Naprawdę, nie wiem o co w tym chodzi. Są ludzie którzy, aczkolwiek mówią i posługują się tymi formami, nie potrafią w ćwiczeniu utworzyć prawidłowo czasu przeszłego od "to be" (was/were). Strona bierna w tej sytuacji, tak jak conditionale, to jest już w ogóle czarna rozpacz. A przecież to jak w matematyce: jest wzór if + past simple, would + bezokolicznik. To jest jak algorytm: have + been + czasowonik z ing, procedura, nie wiem, jak to nazwać. Ci sami ludzie mają albo mieli na studiach matematykę, pracują w finansach albo księgowości, albo wprowadzają skomplikowane procedury do systemu. Powiem wam szczerze, czasami po wielu lekcjach i wielu próbach, nie potrafię powiedzieć nic więcej niż: to proszę się tego nauczyć na pamięć. "Ale ja tego nie rozumiem". Ale co tu jest do rozumienia? To jest przepis. Ja oczywiście mogę wytłumaczyć tysiąc innych rzeczy, dlaczego to jest II a nie III conditional, możemy dyskutować dlaczego taki czas, a nie inny...
Oczywiście na tym nie poprzestaję. Staram się wejść trochę głębiej w problem i bardzo często orientuję się, że sprawa zaczyna się bardzo dawno, bo od trudności z polską gramatyką. Nie wiem dlaczego, ale czasami dopiero po kilku miesiącach i to dopiero na moje wyraźne indagacje ludzie przyznają się, że pojęcie bezokolicznika nie jest dla nich jasne. Mają problem z rozpoznawaniem czasów także w polskich zadaniach. Samo pojęcie odmiany przez osoby nie jest dla nich oczywiste. Mało tego, pojęcia rzeczownik, czasownik także. A co dopiero gerund i infinitive. Tyle razy posługiwałam się pojęciem podmiotu i orzeczenia. A tu okazuje się, że mój uczeń ma o nich słabe pojęcie. Zwykle jak o tym zaczynamy rozmawiać, słyszę, że szkoła tego nie uczyła na lekcjach polskiego, albo już tego nie pamiętają. Zdarzają się kuriozalne zaniedbana w programie nauczania, zdarzają się źli nauczyciele, gramatyka jest i tak zredukowana do minimum. Kiedy jednak sama próbuję tłumaczyć prosto i przystępnie, też mam wrażenie, że niewiele z tego wynika...
Może więc istnieje dysgramatykalia? Może. Wszyscy jesteśmy w czymś dobrzy, a w czym innym nie. To nie znaczy, że nie możecie się nauczyć mówić po angielsku. Ale powiem was coś na koniec. Ja sama jestem przypadkiem dysgrafii i dysleksji. W moim czasach się tego nie diagnozowało, zwłaszcza w przypadku dzieci, które nie miały problemów w szkole. Jako nauczyciel dowiedziałam się o tych zaburzeniach na studiach więcej i dlatego wiem, że moje notoryczne przestawianie liter, mylenie podobnych głosek, ślepota na błędy i bardzo długo problemy z czytaniem na głos to dość klasyczny przypadek. Napsuło mi to trochę krwi, bo moje wyniki czasami nie były takie, jak mogłyby by być (zawsze chwalono moje wypracowania za "myśl", ale dwa błędy ortograficzne sprowadzały moją wiarę we własne umiejętności pisarskie do poziomu podłogi, czyli +3). No, ale... skończyłam dwie filologie i zrobiłam doktorat, tudzież całe życie uczę innych. Chcieć to móc. Prawo jazdy zrobiłam i jeżdżę na codzeń; mistrzem kierownicy może nie jestem, ale potrafię zaparkować w miejscu, z którego rezygnują inni. A, i z matematyką miałam zawsze problemy, ale mam własną firmę i muszę wystawiać faktury, robić księgowość i płacić podatki. Liczyć własne pieniądze potrafię jakoś całkiem skutecznie. Więc grunt to motywacja.
Osoby z dysgramatykalią wymagają innego podejścia, niewątpliwie. Wymagają zdrowego rozsądku nauczyciela i większej pomocy niż inni. Ale się da, wierzcie mi.
Wszystkim innym szepnę na ucho: poczytajcie trochę w internecie o polskiej gramatyce i odświeżcie wiedzę o podstawowych częściach mowy. I jeszcze jedno, jak nie wiecie, co to przysłówek, pytajcie. Bardzo proszę, pytajcie.
sobota, 2 grudnia 2017
Thanks
Blog osiągnął ilość 1 tys. wejść od początku, czyli w ciągu trochę ponad dwóch tygodni. Powiem szczerze, zakładając go, zastanawiałam się nad jakimkolwiek sensem tego przedsięwzięcia. Jestem zaskoczona i przejęta rosnącą ilością wejść. Powiem wam po cichu, że ten projekt w tej chwili zawładnął mną kosztem snu i odpoczynku. Samo pisanie to jest pan pikuś (tzn lubię to robić, mam mnóstwo pomysłów, i robię to szybko). Znacznie gorzej z całą stroną techniczną, i rozgryzanie zawgozdek związanym z budową tego bloga zajmuje mnie czasami do 2 nad ranem (nie lubię odpuszczać i nie pójdę spać, dopóki nie znajdę rozwiązania). Trzeba mi się było nauczyć nawet wstawiać to i owo w html, dla mnie, humanisty, czarna magia. Do tego musiałam ogarnąć Facebooka, któremu uparcie opierałam się konsekwentnie do tej pory. A mam wrażenie, że to Facebook generuje najwięcej wejść. Innymi słowy, sukces tego projektu mnie przerósł moje jakiekolwiek oczekiwania. Pozdrawiam wszystkich, którzy tu wchodzą, cieszę się, że znajdujecie tu coś interesującego dla siebie:)
piątek, 1 grudnia 2017
Szkoły językowe - część 2: grupa, podręczniki, sposób uczenia
Czy będziesz zadowolony z kursu w szkole językowej i ile z niego wyniesiesz, dużej mierze zależy od grupy, w której się znajdziesz. Fajnie mieć w grupie ludzi po pierwsze o zbliżonym poziomie umiejętności, po drugie w zbliżonym do siebie wieku.
Nie zawsze tak jest. Po pierwsze zawodzi system rozpoziomowania, czyli tzn. placement testy. Robi się je zwykle on-line. Testy te sprawdzają gramatykę i słownictwo. Nie testują innych umiejętności. Wyniki często okazują się zawodne wobec realnych umiejętności. Aby faktycznie ocenić czyjeś umiejętności i to, jak będzie funkcjonował w grupie, potrzebna jest rozmowa. W dobrych szkołach przeprowadza ją metodyk. To była moja rola. Przeprowadziłam takich rozmów setki, wysyłano mnie także do firm, by zweryfikować wyniki testów i dokonać ostatecznego przydziału do grup. Wierzcie mi, właściwe przypisanie osób jest trudne. Są ludzie, którzy po wielu latach nauki osiągają, powiedzmy, w teście poziom C1; znając słownictwo, gramatykę i skomplikowane struktury, ale nie potrafią się wypowiadać. Mają problem z formułowaniem zdań, mówią wolno, z przerwami, utykając. I są osoby po pobycie za granicą, które brzmią świetnie, naturalnie, wypowiadają się gładko i płynie, ale padają na najprostszym przykładzie gramatycznym. Naprawdę, każdemu trzeba poświęcić trochę czasu, żeby poznać jego możliwości i zdecydować, gdzie będzie funkcjonował najlepiej. Dobrze, jeśli jest wybór, bo jest szkoła duża i ma wiele grup.
Gorzej wygląda to w przypadku mniejszych szkół, które czasami mają problem z otworzeniem grupy na danym poziomie. A grupę trzeba stworzyć raczej niż odprawić potencjalnych klientów. Ludzie przyszli, chcą się uczyć i z to zapłacić. Więc czasami tworzy się grupę, mówiąc oględnie, z elementów mało do siebie pasujących. W ten sposób świadomie umieszcza się w jednej grupie osoby, które mogłyby być równie dobrze poziom wyżej lub niżej. Mało tego, zdarzało mi się mieć w jednej grupie osoby zainteresowane business English, zdawaniem egzaminu Cambridge, i nie zainteresowanych zdawaniem czegokolwiek w ogóle. Szkoła z jakiegoś powodu sądziła, że lektor jest w stanie tak ułożyć zajęcia, żeby sprostać tym rozrzuconym oczekiwaniom.
Nawet w przypadku zbliżonego wyniku z placement test, w grupie mogą spotkać osoby bardzo różne. Dajmy na to, są to: trzy uczennice gimnazjum, jeden student, dwóch informatyków, matka na macierzyńskim, dwie panie w średnim wieku i starszy mężczyzna. Każdy wymaga innego podejścia i innego tempa. A jeszcze gorzej, jeśli trzeba o czymś podyskutować, albo porozmawiać, zwłaszcza w parach, bo te osoby nie mają zupełnie inne doświadczenie życiowe. Najgorzej wygląda do zawsze w przypadku grup na niższym poziomie, szczególnie początkujących. Ich skład jest mozaiką wieku, wykształcenia i sytuacji życiowych. Przekrój socjologiczny wyrównuje się zwykle na poziomach wyższych, bo przechodzi na nie podobny typ osób, mówiąc ogólnie, młode i zdeterminowane.
Nawet jednak jeśli w grupie są ludzie o zbliżonym wieku i przekroju społecznym, zajęcia dominują zawsze ta same pewne siebie i wygadane osoby. Inni siedzą cicho, poblokowani i spięci, i patrzą na lektora z miną „tylko nie ja”. Wiem, że irytujecie się w takiej sytuacji na nauczyciela, że nie potrafi ograniczyć przestrzeń dla notorycznych ekstrawertyków i zachęcić tych pospinanych i milczących. Wierzcie mi, to jest trudne.
Rozpoziomowanie
Nie zawsze tak jest. Po pierwsze zawodzi system rozpoziomowania, czyli tzn. placement testy. Robi się je zwykle on-line. Testy te sprawdzają gramatykę i słownictwo. Nie testują innych umiejętności. Wyniki często okazują się zawodne wobec realnych umiejętności. Aby faktycznie ocenić czyjeś umiejętności i to, jak będzie funkcjonował w grupie, potrzebna jest rozmowa. W dobrych szkołach przeprowadza ją metodyk. To była moja rola. Przeprowadziłam takich rozmów setki, wysyłano mnie także do firm, by zweryfikować wyniki testów i dokonać ostatecznego przydziału do grup. Wierzcie mi, właściwe przypisanie osób jest trudne. Są ludzie, którzy po wielu latach nauki osiągają, powiedzmy, w teście poziom C1; znając słownictwo, gramatykę i skomplikowane struktury, ale nie potrafią się wypowiadać. Mają problem z formułowaniem zdań, mówią wolno, z przerwami, utykając. I są osoby po pobycie za granicą, które brzmią świetnie, naturalnie, wypowiadają się gładko i płynie, ale padają na najprostszym przykładzie gramatycznym. Naprawdę, każdemu trzeba poświęcić trochę czasu, żeby poznać jego możliwości i zdecydować, gdzie będzie funkcjonował najlepiej. Dobrze, jeśli jest wybór, bo jest szkoła duża i ma wiele grup.
Gorzej wygląda to w przypadku mniejszych szkół, które czasami mają problem z otworzeniem grupy na danym poziomie. A grupę trzeba stworzyć raczej niż odprawić potencjalnych klientów. Ludzie przyszli, chcą się uczyć i z to zapłacić. Więc czasami tworzy się grupę, mówiąc oględnie, z elementów mało do siebie pasujących. W ten sposób świadomie umieszcza się w jednej grupie osoby, które mogłyby być równie dobrze poziom wyżej lub niżej. Mało tego, zdarzało mi się mieć w jednej grupie osoby zainteresowane business English, zdawaniem egzaminu Cambridge, i nie zainteresowanych zdawaniem czegokolwiek w ogóle. Szkoła z jakiegoś powodu sądziła, że lektor jest w stanie tak ułożyć zajęcia, żeby sprostać tym rozrzuconym oczekiwaniom.
Grupa
Nawet w przypadku zbliżonego wyniku z placement test, w grupie mogą spotkać osoby bardzo różne. Dajmy na to, są to: trzy uczennice gimnazjum, jeden student, dwóch informatyków, matka na macierzyńskim, dwie panie w średnim wieku i starszy mężczyzna. Każdy wymaga innego podejścia i innego tempa. A jeszcze gorzej, jeśli trzeba o czymś podyskutować, albo porozmawiać, zwłaszcza w parach, bo te osoby nie mają zupełnie inne doświadczenie życiowe. Najgorzej wygląda do zawsze w przypadku grup na niższym poziomie, szczególnie początkujących. Ich skład jest mozaiką wieku, wykształcenia i sytuacji życiowych. Przekrój socjologiczny wyrównuje się zwykle na poziomach wyższych, bo przechodzi na nie podobny typ osób, mówiąc ogólnie, młode i zdeterminowane.
Nawet jednak jeśli w grupie są ludzie o zbliżonym wieku i przekroju społecznym, zajęcia dominują zawsze ta same pewne siebie i wygadane osoby. Inni siedzą cicho, poblokowani i spięci, i patrzą na lektora z miną „tylko nie ja”. Wiem, że irytujecie się w takiej sytuacji na nauczyciela, że nie potrafi ograniczyć przestrzeń dla notorycznych ekstrawertyków i zachęcić tych pospinanych i milczących. Wierzcie mi, to jest trudne.
Jakimś patentem na to jest praca w parach/grupach. Bo wtedy każdy ma miejsce dla siebie i publiczność ograniczoną do drugiej osoby. Ludzie tego jednak nie lubią i to działa kiepsko. Skoro nauczyciel nie słucha, nie ma sensu się produkować, tym bardziej, ze nikt nie poprawi błędów.
Kolejna sprawa to to, że ludzie nie chodzą na zajęcia, albo je opuszczają. Grupy w ciągu roku się rozsypują. Dlaczego? No czasami z braku czasu i determinacji uczniów, a czasami z powodu jakości nauczania. Stosunkowo niewiele osób przechodzi w tej samej szkole na wyższy poziom. Albo rezygnują z nauki w ogóle, albo szukają szczęścia gdzie indziej.
Kolejna sprawa to to, że ludzie nie chodzą na zajęcia, albo je opuszczają. Grupy w ciągu roku się rozsypują. Dlaczego? No czasami z braku czasu i determinacji uczniów, a czasami z powodu jakości nauczania. Stosunkowo niewiele osób przechodzi w tej samej szkole na wyższy poziom. Albo rezygnują z nauki w ogóle, albo szukają szczęścia gdzie indziej.
Jak uczą szkoły
Jeden czynnik w równaniu z dwoma niewiadomymi jest przewidywalny. Sposób nauczania. Bywają nauczyciele lepsi i gorsi, ale wszyscy mają postępować wg tego samego metodycznego wzorca, kształtowanego przez wiodące podręczniki i nauczanego na anglistyce na przedmiocie zwanym metodyka. O podręcznikach już pisałam. Znajdziecie więcej w poście Dlaczego po tylu latach nauki mam wciąż problem z językiem:
http://agnielskiagnieszki.blogspot.com/2017/11/dlaczego-po-wielu-latach.html
Współczesne podręczniki są bardziej scenariuszem lekcji rozpisanym na polecenia i głosy (lektor-uczeń-grupa-praca-w-parach) niż książką. Polecenia w nich zawarte stoją w sprzeczności z naturalnymi zachowaniami (nie patrzymy, tylko słuchamy, nie czytamy, tylko zgadujemy, chociaż odpowiedź jest dwie linijki dalej). Z nagłówka lekcji w książce widać, że będzie pierwszy conditional, ale żeby odpowiedzieć na naturalne pytanie uczniów, co to takiego, trzeba zrobić pół lekcji, ba najpierw słuchamy dialogi i powtarzamy strukturę, żeby w połowie lekcji dowiedzieć się dopiero, że to pierwsze zdanie warunkowe i jak się je tworzy (w metodyce nazywa się to uczenie gramatyki w kontekście). Podręczniki te są dla niektórych łamigłówką, dla innych testem na inteligencję, bo nie każdy wie, jak układać obrazki i dopasowywać usunięte zdania do dziur w tekście. Na indywidualnych lekcjach widzę, ile czasu ludziom, zwłaszcza nie obytym z z nauką języka, zajmuje samo pojęcie, o co chodzi w poleceniu i jak od razu zaczynają w siebie wątpić. Te uzupełnianki, dobieranki, a b c, tak zaprojektowane, żeby i a i b wydawało się dobre, a dobre jest c mogą skutecznie zniechęć do nauki. No i oczywiście gramatyka, gramatyka i bardzo niewiele sekcji ze speakingiem.
W szkole działa to tak, że nauczyciele są rozliczani z realizacji podręcznika, mają program, a potem są testy sprawdzające. Więc uczą pod testy, które są także miarą jakości ich własnej pracy. Na lekcji nie ma wobec tego za wiele czasu na swobodną dyskusję, albo aktywności typu jakieś scenki, odgrywanie ról i uczenie przez działanie. Czy w ogóle uczenie poza podręcznikiem. Celem takiego nauczania jest za to ostatecznie przygotowanie cię do egzaminów Cambridge, zresztą wielu innych egzaminów, ponieważ egzaminy te wyznaczają standardy (czerpie z nich matura i egzaminy na studia).
http://agnielskiagnieszki.blogspot.com/2017/11/dlaczego-po-wielu-latach.html
Współczesne podręczniki są bardziej scenariuszem lekcji rozpisanym na polecenia i głosy (lektor-uczeń-grupa-praca-w-parach) niż książką. Polecenia w nich zawarte stoją w sprzeczności z naturalnymi zachowaniami (nie patrzymy, tylko słuchamy, nie czytamy, tylko zgadujemy, chociaż odpowiedź jest dwie linijki dalej). Z nagłówka lekcji w książce widać, że będzie pierwszy conditional, ale żeby odpowiedzieć na naturalne pytanie uczniów, co to takiego, trzeba zrobić pół lekcji, ba najpierw słuchamy dialogi i powtarzamy strukturę, żeby w połowie lekcji dowiedzieć się dopiero, że to pierwsze zdanie warunkowe i jak się je tworzy (w metodyce nazywa się to uczenie gramatyki w kontekście). Podręczniki te są dla niektórych łamigłówką, dla innych testem na inteligencję, bo nie każdy wie, jak układać obrazki i dopasowywać usunięte zdania do dziur w tekście. Na indywidualnych lekcjach widzę, ile czasu ludziom, zwłaszcza nie obytym z z nauką języka, zajmuje samo pojęcie, o co chodzi w poleceniu i jak od razu zaczynają w siebie wątpić. Te uzupełnianki, dobieranki, a b c, tak zaprojektowane, żeby i a i b wydawało się dobre, a dobre jest c mogą skutecznie zniechęć do nauki. No i oczywiście gramatyka, gramatyka i bardzo niewiele sekcji ze speakingiem.
W szkole działa to tak, że nauczyciele są rozliczani z realizacji podręcznika, mają program, a potem są testy sprawdzające. Więc uczą pod testy, które są także miarą jakości ich własnej pracy. Na lekcji nie ma wobec tego za wiele czasu na swobodną dyskusję, albo aktywności typu jakieś scenki, odgrywanie ról i uczenie przez działanie. Czy w ogóle uczenie poza podręcznikiem. Celem takiego nauczania jest za to ostatecznie przygotowanie cię do egzaminów Cambridge, zresztą wielu innych egzaminów, ponieważ egzaminy te wyznaczają standardy (czerpie z nich matura i egzaminy na studia).
* * *
Nie piszę tego, aby zniechęcać was do szkół. Opowiadam o tym, czego nie dowiecie się z oficjalnych źródeł. Tłumaczę, czego oczekiwać, na co zwróć uwagę i jaki wybór podjąć.
Co więc brać pod uwagę? Warto upewnić się czy rozpoziomowanie zakłada rozmowę z metodykiem. Poza tym wielkość szkoły. Duża szkoła to większa szansa, że grupy będą dobrze dobrane, a nie sklecone na siłę. Wielkość grupy to drugie. Ponad 10 osób to tłum. Ale poniżej 5 osób to też nie za dobrze, bo zawsze kogoś nie będzie, i uczyć będzie się w towarzystwie osób do znudzenia tych samych, poznanych na wylot w ciągu dwóch pierwszych miesięcy. Grupa musi mieć swoją dynamikę. Kolejna sprawa to książka. English File i nic innego. Naprawdę cała reszta podręczników używanych w szkołach udręczy was gramatyką i ćwiczeniami. No chyba, że z całą świadomością wybieracie grupę przygotowującą do jakiegoś egzaminu.
Ja się z tego systemu wypisałam i pracując dla siebie mam możliwość uczenia tak, jak chcę, czyli w sposób, w który wierzę. Ale na koniec powiem, że oprócz rozczarowanych, spotykam często osoby, które wyrażają się bardzo pozytywnie o kursie odbytym w szkole, albo np. chodzą na lekcje prywatne i na kurs. Szkoły językowe ostatecznie są najpopularniejszym sposobem nauki języka.
Powtórzę na koniec to, co już tutaj pisałam: nie ma ostatecznie znaczenia, jak się uczysz, ważne, ze się uczysz. Każdy twój kontakt z językiem jest ważny i wartościowy. Skoro jesteś na kursie, postaraj się wynieść z niego jak najwięcej. Nie poddawaj się i nie zniechęcaj. W nauce języka kropla draży kamień, postęp przychodzi małymi krokami. Chodź na zajęcia, rób zadanie, powtarzaj słówka. W nauce ważna jest też różnorodność. W przyszłym roku możesz podjąć inną decyzję. Ale nie zniechęcaj się. Keep smiling and carry on jak mówią Brytyjczycy, albo wersja dla uczących się:
Powtórzę na koniec to, co już tutaj pisałam: nie ma ostatecznie znaczenia, jak się uczysz, ważne, ze się uczysz. Każdy twój kontakt z językiem jest ważny i wartościowy. Skoro jesteś na kursie, postaraj się wynieść z niego jak najwięcej. Nie poddawaj się i nie zniechęcaj. W nauce języka kropla draży kamień, postęp przychodzi małymi krokami. Chodź na zajęcia, rób zadanie, powtarzaj słówka. W nauce ważna jest też różnorodność. W przyszłym roku możesz podjąć inną decyzję. Ale nie zniechęcaj się. Keep smiling and carry on jak mówią Brytyjczycy, albo wersja dla uczących się:
czwartek, 30 listopada 2017
Szkoły językowe - część 1 lektorzy
Porozmawiajmy o zajęciach w szkołach językowych, skoro wywołałam ten temat w poprzednim poście. Najpierw fakty: pracowałam przez wiele lat dla szkół językowych, wybrałam pracę dla siebie, prowadzę zajęcia indywidualne. To musicie wiedzieć, żeby wziąć pod uwagę moją perspektywę.
Często jestem pytana, jaką wybrać szkołę. Nie mam
rekomendacji. Twoje zadowolenie z zajęć w szkole językowej jest kwestią
szczęścia. Zaraz wyjaśnię. Najpierw zgódźmy się, że mówimy o szkołach z ustaloną
pozycją na rynku, nie efemerycznych tworach, które dzisiaj są, jutro znikną.
Ale to już trochę nie te czasy, rynek jest zdominowany przez duże, dobrze
obecne w krajobrazie szkoły, niektóre z nich to ogólnopolskie sieciówki, o których możecie poczytać w internecie (ale uwaga, przygotowując tego posta trafiłam na forach internetowych na entuzjastyczne, cacy-cacy opinie pisane w sposób oczywisty na zamówienie). Generalnie, zmierzam do tego, że mówimy o
szkołach, które trzymają pewien poziom. Niestety, cała reszta jest dość mocno
kwestią przypadku.
Co mam na myśli? Twoje
zadowolenie z kursu to głównie dwa czynniki poza twoim świadomym wyborem:
lektor i grupa.
W tym poście opowiem wam trochę o lektorach.
Nauczyciela raczej nie możesz sobie wybrać, nawet jeśli zebrałeś opinie i w szkole jest kilka grup na twoim poziomie. Kiedy zapisujesz się do grupy, szkoła raczej nie poinformuje cię, kto ją będzie prowadził. Przydziałem grup rządzą różne czynniki, np. grafiki nauczycieli w innych miejscach. Na etapie zapisów to raczej znak zapytania. Poza tym lektorzy zmieniają się bardzo często. Dlaczego? Bo to taki typ pracy: szkoły nie zatrudniają na etat ani nie gwarantują takiej ilości godzin, aby dobrego nauczyciela przywiązać do szkoły na dłużej. Nie mówię, że to się nie zdarza. Ale zwłaszcza młodzi szukają szczęścia, gdzie trawa jest zieleńsza.
Nauczyciela raczej nie możesz sobie wybrać, nawet jeśli zebrałeś opinie i w szkole jest kilka grup na twoim poziomie. Kiedy zapisujesz się do grupy, szkoła raczej nie poinformuje cię, kto ją będzie prowadził. Przydziałem grup rządzą różne czynniki, np. grafiki nauczycieli w innych miejscach. Na etapie zapisów to raczej znak zapytania. Poza tym lektorzy zmieniają się bardzo często. Dlaczego? Bo to taki typ pracy: szkoły nie zatrudniają na etat ani nie gwarantują takiej ilości godzin, aby dobrego nauczyciela przywiązać do szkoły na dłużej. Nie mówię, że to się nie zdarza. Ale zwłaszcza młodzi szukają szczęścia, gdzie trawa jest zieleńsza.
Tym bardziej, że nauczycieli zaczyna brakować. Szkoły muszą ich poszukiwać. Kilka lat temu to
ja aktywnie szukałam pracy, teraz dostaję oferty, chociaż pracy nie szukam. Z
tych ofert dowiaduję się rzeczy ciekawych, na przykład, że stawki poszły drastycznie w górę, a wymagania w dół; w tej chwili to 2 lata doświadczenia i
licencjat. Jeśli tak, nie dziwcie się, że nauczyciele rozczarowują. Mało tego,
anglistyka wypuszcza ludzi o coraz niższych umiejętnościach. Wierzcie mi, ja na
lekcjach mam studentów filologii angielskiej, którym pomagam przygotować się do
rutynowych egzaminów. Koledże są pozamykanie, na anglistykę idzie coraz mniej
ludzi i często jest to wybór negatywny. Na studnia techniczne się nie nadaję,
na ekonomię też nie pójdę, bo nie radzę sobie z matematyką, no to może
anglistyka, bo umiem trochę angielski. Na anglistykę trafiają w tej chwili
osoby na podstawie podstawowej matury z angielskiego (nie piszę gdzie, ale tak
bywa naprawdę) i bez większych zdolności językowych. Po skończeniu studiów nikt
się nie rwie do uczenia, skoro można znaleźć pracę w korporacji. Anglistyka, z niegdyś prestiżowego kierunku, gdzie bardzo trudno było się dostać, stała się kołem ratunkowym, żeby w ogóle studiować. Paradoksem
jest, że równocześnie zarobki lektorów rosną, a praca prosi, żeby ją wziąć.
Dlaczego nauczyciele uciekają z zawodu? Bo to nie jest łatwe życie. To jest praca na umowę-zlecenie albo trzeba założyć własną działalność. I to nie jest praca od 8 do 16, tylko od rana do wieczora: rano zajęcia w firmach, po południu w szkołach (zajęcia czasami kończą się o 21 30). Ta praca nie da ci stałych zarobków, płatnego urlopu, ani nawet płatnego zwolnienia. Nie pracujesz, nie zarabiasz. Nie masz nigdy pewności, ile i gdzie dostaniesz godzin. Szkoły nie gwarantują niczego. Firmy rozwiązują kontrakty albo rozpisują nowy przetarg, grupy rozwiązują się w ciągu roku. Ja na sobie doświadczyłam światowego krachu z roku 2007. Masowe zwolnienia, a przede wszystkim cięcia budżetowe. Z dnia na dzień straciłam praktycznie 3/4 zajęć w firmach. ZUS w tej chwili to 1200 zł. Jak jestem chora, to daruję sobie narabianie z ZUSem, bo ile razy zgłosiłam zwolnienie (tydzień) wzywano mnie do złożenia wyjaśnień, albo nasyłano na mnie lekarza, który przychodził do domu i wyciągał mnie z łóżka, żeby mnie zbadać (naprawdę). No i ja pomijam już, że uczenie nie jest łatwe samo w sobie. Ja akurat kocham pracę z ludźmi, jej dynamikę i zmienność, z niej czerpię energię; umarłabym w biurze wklepując do komputera liczby.
Dlaczego nauczyciele uciekają z zawodu? Bo to nie jest łatwe życie. To jest praca na umowę-zlecenie albo trzeba założyć własną działalność. I to nie jest praca od 8 do 16, tylko od rana do wieczora: rano zajęcia w firmach, po południu w szkołach (zajęcia czasami kończą się o 21 30). Ta praca nie da ci stałych zarobków, płatnego urlopu, ani nawet płatnego zwolnienia. Nie pracujesz, nie zarabiasz. Nie masz nigdy pewności, ile i gdzie dostaniesz godzin. Szkoły nie gwarantują niczego. Firmy rozwiązują kontrakty albo rozpisują nowy przetarg, grupy rozwiązują się w ciągu roku. Ja na sobie doświadczyłam światowego krachu z roku 2007. Masowe zwolnienia, a przede wszystkim cięcia budżetowe. Z dnia na dzień straciłam praktycznie 3/4 zajęć w firmach. ZUS w tej chwili to 1200 zł. Jak jestem chora, to daruję sobie narabianie z ZUSem, bo ile razy zgłosiłam zwolnienie (tydzień) wzywano mnie do złożenia wyjaśnień, albo nasyłano na mnie lekarza, który przychodził do domu i wyciągał mnie z łóżka, żeby mnie zbadać (naprawdę). No i ja pomijam już, że uczenie nie jest łatwe samo w sobie. Ja akurat kocham pracę z ludźmi, jej dynamikę i zmienność, z niej czerpię energię; umarłabym w biurze wklepując do komputera liczby.
Ale wróćmy do tematu, czyli szkoły językowej. Szkoły zatrudniają również native speakerów. Niestety, tu też nie mam dobrych wiadomości. Od razu powiem: chwała
tym ludziom, że chce im się uczyć angielskiego w dziwnym kraju nad Wisłą,
za pieniądze, za które nie są w stanie w tym kraju żyć na poziomie w dalekim
przybliżeniu porównywalnym do standardu życia kraju rodzinnego. Przyjeżdżają tu więc zwykle na krótko i jadą dalej. Rzadko też mają przygotowanie
pedagogiczne, a jeszcze rzadziej, filologiczne.
Pojęcia gerund albo participle są im raczej obce, szkoła brytyjska od dawna dała
sobie spokój z nauczaniem gramatyki. Jest ich niewielu na rynku, są zjawiskami
jeszcze bardziej przelotnymi niż polscy lektorzy. No, ale mają to, czego brakuje Polakom (oprócz oczywistej
zalety rodzimego użytkownika języka). Są wyluzowani, pozytywni, uśmiechnięci i
bezpośredni. Oferują także kontakt z kulturą i innym sposobem myślenia, inną mentalnością. Są powiewem świeżości w naszej trochę zatęchłej rodzimej atmosferze. Ja rozumiem, dlaczego ludzie ich wolą.
Szkoły organizują często zajęcia w teamie polski lektor i native speaker. No cóż, niewątpliwie to większa różnorodność, ale i większy bałagan. Sama wiem, jak czasami trudno było się dogadać kto, co robi i jakie są role.
Szkoły organizują często zajęcia w teamie polski lektor i native speaker. No cóż, niewątpliwie to większa różnorodność, ale i większy bałagan. Sama wiem, jak czasami trudno było się dogadać kto, co robi i jakie są role.
I na koniec brzydka prawda. Oczywiście szkoły będą cie zapewniać, że zatrudniają najlepszych, najlepiej wykwalifikowanych lektorów. Coś ci powiem: ci najlepsi są za drodzy, żeby szkoły mogły walczyć o klienta na bardzo konkurencyjnym rynku. Trzeba ciąć koszty, żeby tobie zaoferować dobrą cenę. Ci najlepsi mają też wymagania i zajęcia gdzie indziej, więc trzeba pod nich ustawiać grafiki. Szkół na nich nie stać. Łatwiej jest zatrudnić osobę dwa lata po studiach. Stawka niższa i mniejszy kłopot.
Tak więc twój lektor to zmienna "x" , a "y" to będzie twoja grupa.
CDN jutro.
środa, 29 listopada 2017
Egzaminy Cambridge
Żeby się nauczyć rozwiązywać testy egzaminacyjne, musisz przyswoić
sobie mnóstwo słownictwa i struktur budujących twoją bierność znajomość
języka, ale z praktycznym użyciem języka w życiu
nie mających nic wspólnego. Egzaminy te wymagają od ciebie
rozumienia języka na głębszym poziomie niż komunikacja. Uczą cię rozumieć jego
wewnętrzne mechanizmy i strukturę. Dobrym przykładem są dziurawce, gdzie
brakuje tzw. słów strukturalnych, powiedzmy, spójników. Czyli masz odgadnąć, co
będzie łączyć dwa zdania, na podstawie logicznej relacji między nimi (czy to
jest kontrast, czy relacja wynikowa, a może spójność). Czasami brakuje części
orzeczenia, czasami podmiotu (na postawie zdania wcześniejszego masz się
domyśleć, czy to będzie it czy this, a może these).
Innym przykładem są ćwiczenia na słowotwórstwo. Możesz znać
słowo relationship, ale jak masz w zdaniu dziurę i z boku słowo relate, możesz nie wiedzieć, co ma uzupełnić tekst, bo najpierw musisz się zorientować, jakiej części
mowy potrzebujesz. Klapa, jeśli masz problem z polską gramatyką. Pytania do Readingu układane są celowo tak, żeby sprawdzić nie twoje ogólne rozumienie treści, ale twoją zdolność wnioskowania, umiejętność
dostrzeżenia ekwiwalencji znaczeniowej. Na poziomie CPE musisz potrafić
wyjaśnić własnymi słowami, co autor miał na myśli, sparafrazować metaforyczne
wyrażenie itd.
Przygotowanie do egzaminów Cambridge wymaga bardzo dużo bardzo
żmudnej pracy, głównie do wykonania samodzielnie w domu: czytanie długich tekstów, przyswajanie
słownictwa, struktur, pisanie tekstów. To wymaga naprawdę dużo samozaparcia, motywacji i
zainteresowania językiem wykraczającego poza jego praktyczną znajomość. Około ¾
osób, z którymi mam do czynienia, i które chcą się przygotowywać do któregoś z egzaminów Cambridge, zmienia zamiar po 2-3 miesiącach nauki, orientując się, że albo brak im
czasu, albo samozaparcia, albo dostrzegają to, o czym mówię od początku: egzaminy
Cambridge są oderwane od życia i nie przełożą się na twoją praktyczną zdolność
komunikacji.
Część ustna tych egzaminów jest nieproporcjonalnie prostsza wobec wymagań związanych ze słownictwem, gramatyką i
rozumieniem tekstu. Cały problem sprowadza się w zasadzie do stresu spowodowanego
bardzo ograniczonym czasem (spróbuj w domu, ile jesteś w stanie powiedzieć ad
hoc na temat obrazka w ciągu 1 albo 2 minut, zwłaszcza, że czasami możesz nie
mieć pomysłu, co się na nim dzieje).
Moja rada: jeśli nie potrzebujesz z jakiegoś powodu „papieru”,
zapomnij o egzaminach Cambridge'owskich. Znacznie większość korzyść odniesiesz z
lekcji i zajęć nastawionych na praktyczną komunikację. Potrzebne są ci podstawy gramatyki,
owszem, ale nie praca z dziurawcami albo transformacje. Czytasz tekst, aby
umieć o nim rozmawiać, a nie, żeby nie dać się nabrać na pytania tak zaprojektowane z definicji,
żeby cię wprowadzać w błąd. Jeśli masz rozumieć ze słuchu, to w życiu
chodzi o złapanie sensu, a nie wyłapywanie słówek, które trzeba wpisać w
dziury. W życiu również piszesz maile, a nie recenzje, artykuły do prasy, listy
do redakcji, albo prace na konkurs (competion entry).
Szkoły językowe z jakiegoś powodu uparcie tkwią przy praktyce oferowania głównie grup egzaminacyjnych. Zajęcia
w grupie nie związanej z przygotowaniem do egzaminu będą wyglądać inaczej,
bardziej praktycznie, więcej mówienia, mniej ćwiczeń i gramatyki (przynajmniej powinny).
Od poziomu B2 możesz trafić do grupy z niestrawnym podręcznikiem, pełnym suchych ćwiczeń
i rozbiorów gramatycznych. Jeśli decydujesz się na szkołę językową i nie jesteś
zdeterminowany, żeby zdawać egzamin, szukaj grupy, która będzie się uczyć z
podręcznika nie-egzaminacyjnego. Dobrą rekomendacją jest seria English File.
Sądzicie, że egzamin Cambridge dobrze będzie
wyglądał w waszym cv? Powiem wam coś. Przygotowywałam dziesiątki ludzi do rozmów
o pracę, a jeszcze więcej usłyszałam od osób, które w przeszłości przeszły
przez rozmowę i dostały pracę. Poziom języka jest zawsze sprawdzany praktycznie. Papier
znaczy niewiele. Jak firmy sprawdzają umiejętności językowe? Niestety, bardzo
różnie. Czasami jest to luźna rozmowa o zainteresowaniach i mieszkaniu w Krakowie,
czasami typowe pytania: mocne i słabe strony itd., czasami jest to rozmowa o wiedzy
zawodowej, a czasami jeszcze jest to
test pisemny. I to naprawdę nie zależy, co to za firma, korporacja, i
stanowisko.
I na koniec, jeśli chcecie „papier”, jest wiele innych egzaminów,
np. LCCI albo IELTS. Mają one zupełnie inną strukturę i inne wymagania.
Egzaminy Cambridge na tym tle są najbardziej akademickie, szkolne,
konserwatywne i… nie zmieniły się praktycznie od czasu, kiedy ja je zdawałam. A
to było… no, dawno.
wtorek, 28 listopada 2017
Personality types - rozwiązania
c.d. z wczoraj:
wet blanket - psuje innym humor; malkontent
wet blanket - psuje innym humor; malkontent
wallflower - podpiera ścianę na zabawie
gate-crasher - wprasza się na imprezy
good mixer - dobrze się czuje w każdym towarzystwie
layabout - leniuch
jay-walker - przechodzi przez ulicę gdzie chce
sponger - pasożytuje na innych
slow coach - flegmatyk; ślamazarny
poniedziałek, 27 listopada 2017
Personality types
Angielski czasami wydaje się całkowicie pozbawiony inwencji.
Jedno słowo obsługuje kilka znaczeń. Jak oni się w tym mogą rozeznać? Glass to kieliszek i szklanka, carpet to dywan i wykładzina, socks to skarpetki i podkolanówki, curtains powiedzą na zasłony i firanki (net curtains). My mamy pokój, i salę –
dla nich to room, building to budowa,
budowla, budynek i kamienica, monument to pomnik i zabytek, pen to długopis (ball pen) i pióro.
Ale angielski potrafi także zadziwić językową kreatywnością.
To polszczyzna zawodzi. Weźmy personality
types. Możecie się zapewne domyśleć, kto to taki slave-driver (poganiacz niewolników, niedobry szef), clock-watcher (osoba bez przerwy
patrząca na zegarek), name-dropper
(ktoś kto rzuca znane nazwisko tu i tam), lone-wolf
(samotny wilk), social-climber (ktoś kto wspina się po drabinie społecznej).
Ale jak sądzicie kim są:
wet blanket
wallflower
gate-crasher
good mixer
layabout
jay-walker
sponger
slow coach
Odpowiedź jutro:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)























